perfection
is terrible, it cannot have children. cold assnow breathit tamps the womb.
where the yew blow like hydras, the tree of life and the tree oflife.


1. 2. 3. 4. 5. 6. 7.

2.

Większość dziewcząt w hallu „Hiltona” ufarbowała włosy na blond. Ja, podobnie do nich, byłam blondynką z tą tylko różnicą, że naturalną. Miałam wielką ochotę pobiec do budki telefonicznej, stojącej niedaleko mnie i zadzwonić do Lincolna. Posłuchać jakiegoś słowa wsparcia. Całkowicie straciłam nadzieję na cokolwiek. Kolejny casting miał się odbyć za niespełna piętnaście minut, a ja, niczym panna już przegrana, kopciłam papierosa, raz po raz strzepując go nonszalancko do popielniczki. Ale nie wiem jak udawało mi się teraz wykazać jakąkolwiek nonszalancją, bo byłam na skraju autentycznego załamania nerwowego. Za każdym razem kiedy się zaciągałam, miałam wrażenie, że wszystkie dziewczyny czekające w hallu, mają na imię Marilyn lub Shirley i tylko ja jestem upośledzonym „biedactwem” Esther.
- Abfield, Mary! – Zza drzwi wyłoniła się głowa jakiegoś piegowatego wyrostka. Najprawdopodobniej wywoływał on kolejne uczestniczki. Wszystkie dziewczyny zachichotały na jego widok i zaczęły go obsmarowywać od góry do dołu. Piegus niezbyt się tym przejął, ale gdy już przepuścił tą wystrzałową blondynkę z fryzurą Bridgitte Bardot w drzwiach, zamknął je odrobinę za głośno.
Godziny niemiłosiernie się ciągnęły. Z nudów zdążyłam umówić się na kilkanaście spotkań z tuzinem różnych osób, bliższych lub dalszych, a następnie całą parszywą dwunastkę odwołać.
Każdy wypalony papieros utwierdzał mnie w przekonaniu, iż żyję w nałogu, a każdy przeżuty i wypluty listek gumy, jedynie frustrował oraz zwiększał ilość śliny, której moje, wątpliwego zdrowia, ślinianki wyprodukowały już o kilka porządnych litrów za dużo.
„Linton Esther” podziałało na mnie jak policzek wymierzony śpiącemu, a gdy zdążyłam dowlec się do drzwi, za którymi czekało na mnie, stuprocentowo przegrane, przesłuchanie, już nic więcej nie było mi trzeba, jak tylko jakiejś przypadkowej taksówki i kursu do domu.

Bardzo często ulegam załamaniu nerwowemu. Głupie niestabilności emocjonalne! Czasami chciałabym być pustą, nieuświadomioną (aczkolwiek cwaną) dziewczyną pokroju Minnie May. Myślę, że żyłoby mi się łatwej.
W moim małym, czarno-białym telewizorze odtwarza się właśnie pierwsza scena Śniadania u Tiffany’ego. Gdybym mogła być Audrey Hepburn i jeść croissanty na planie filmowym, na pewno nie wyglądałabym jak szkielet i byłabym zdolna do normalnego przyjmowania pokarmów. Dlaczego ludzie, którym na ogół się powodzi, mogą jeść te pyszne, francuskie rogaliki, zarezerwowane dla elity, a estherowate beztalencia skazane są na papierosowo - kawową dietę, uzupełnianą gumami do żucia?
Lincoln powiedziałby, że dlatego, iż wywyższają się oraz użalają nad sobą. Miałby rację, ale i tak obraziłabym się na niego.
Moja Matka stwierdziłaby, iż to przez to, że wszystko komplikuję, bo zachowuję się, jakbym nie mogła zwyczajnie pójść do pieprzonej cukierni, po czym kupić pieprzonego croissanta! Ale przecież NIE MOŻNA tak po prostu jeść croissantów, kiedy nic się nie osiągnęło. Na nie zasługują ludzie pokroju Audrey Hepburn, ponieważ nie mieliby wyrzutów sumienia, wkładając rogaliki do swoich idealnych ust.
Minnie May stwierdziłaby (z koszmarnym, sztucznym śmiechem na ustach), że nie jem ich z myślą o niej, bo z kolei ona je uwielbia. Uznałabym ją za egoistkę, jednak zamiast jej tego powiedzieć, moja kawa przypadkowo wylądowałaby na jej nowej, kaszmirowej sukience, kupionej za pieniądze zarobione w „Srebrnej Papierośnicy”.
Za to Ojciec rzekłby znudzonym tonem, że nic mi nie powie na ten temat, ponieważ i tak na wszystko mam gotowe argumenty, broniące swojego punktu widzenia.
No właśnie. Ojciec.

Zawsze pożyczał od nas pełno pieniędzy i nie oddawał. Matka robiła jedną nogą jako sekretarka, w drugiej pracy przepisywała na maszynie listy do ambasadora Rosyjskiego, a w trzeciej sprzedawała rybę z frytkami. Przynosiła do domu tyle zarobku, że jej zyski można było określić mianem: „wystarczająco.” Mój ojciec odszedł od niej, kiedy ukończyłam siedem lat. Rozpacz po nim przeszła mi tak szybko, jak się zaczęła. Uważałam go za idealnego tatusia, którym, bądź co bądź, się nie okazał i opuścił nas dla innej kobiety. Cudowna, nowoczesna, angielska rodzinka.
Aż pewnego dnia, kiedy ukończyłam lat dziewiętnaście, zapragnął się spotkać na rogu High Street Kensington, gdzie była ta elegancka kawiarnia z wysokimi, francuskimi oknami. Przyszłam z ciekawości. Na jego widok nie przeszedł mnie dreszcz tęsknoty, ani emocji. Zauważyłam, że bardzo się zmienił. Właściwie nie poznałam go, gdy tak patrzył na mnie spod tych swoich ciemnych, idiotycznych okularów i kołysał się na zmianę w przód i w tył, przydeptując raz po raz nogawkę własnych dżinsów. Jeśli chodziło o uzyskanie efektu, z całą pewnością mu się to udało – wyglądał jakby ubyło mu przynajmniej ze dwadzieścia lat.
- Zgoliłeś brodę – powiedziałam beznamiętnie.
- Wyładniałaś, Esther. – Z tego co opowiadała mi matka w tych rzadkich chwilach, gdy miała przerwę, ojciec miał mamiący głos i zawsze prawił kobietom dziwne komplementy, które miały za zadanie (według mojej matki oczywiście) wprowadzić jego rozmówcę w zakłopotanie.
- Nie pieprz.
- Nie pieprzę. Wyładniałaś. Wydoroślałaś. – Zdjął z nosa ciemne okulary i zaprosił mnie do tej oto kawiarni, której tak naprawdę nigdy nie lubiłam, ale z braku lepszej, przesiadywałam tam często całymi dniami. Właściciele byli przekonani, że ich uwielbiam. Zamówił mi Coca-Colę, co wydało mi się wyjątkowo gówniarskie, natomiast sobie kupił dużą whisky z lodem. Kochał pić wyborne drinki – podobno.
- Mam sprawę.
- Och, domyślam się – przerwałam mu bezczelnie i wypiłam łyk ze swojej szklanki, zaciskając ze złości zęby na kolorowej słomce.
- Chwileczkę, chodzi mi o Ciebie. Słyszałem, że chciałabyś zostać aktorką, dostać angaż... – wydawał się zmieszany i jakby zażenowany, a jednak drążył temat, mimo mojego ironicznego wyrazu twarzy.
- Istotnie.
- Momencik, skoczę tylko po gazetę do pobliskiego kiosku, zaraz Ci coś pokażę.
Wyszedł.
Wyszedł, a gdy śledziłam przez wysokie okno jego krótką wędrówkę, on, próbując udawać człowieka rozluźnionego, wpadł pod samochód. Ludzie długo później mówili, że tacy jak ten pan nie powinni dostawać nawet prawa na chodzenie po ulicy. „Wiecznie rozluźnieni”. No i jeszcze marzyciele, ale ojciec skłaniał się raczej ku tej pierwszej kategorii.
I tak oto nigdy nie dowiedziałam się, co wówczas mi chciał przekazać.

Czasem myślę, że słowa spływają z próżni. Białej i pustej, niedomkniętej ręką Boga. Nie ma tam nic, a zarazem jest wszystko. Przy białych, gładkich ścianach owej pustki, zwykłe „co?” brzmi niesamowicie elokwentnie, a litery układają się w dziwne sznury.
Niech to szlag, pieprzone myśli! Nigdy nie wyrażają dokładnie tego, co chciałabym przekazać. Do tej czynności powinny mi służyć słowa, choć to wątpliwa teoria, ponieważ ja nie zawsze potrafię się nimi posługiwać. Są momenty, kiedy siedzę w fotelu i leniwie strzepując mojego Lucky Strike’a, rozchylam usta, po czym ledwo-ledwo, powolnym krokiem wprowadzam się w stan otępienia, graniczącego z ekstazą. Nie nie, nie biorę żadnych narkotyków, czy środków odurzających – nic z tych rzeczy, nie jestem przecież uzależniona. Chociaż... czasami czuję się jakbym była. Idę wtedy na przyjęcie z tymi dziewczynami, którym przypięłam akurat etykietkę „przyjaciółka”. Ludzie szybko mi się nudzą, szczególnie ostatnio. Nie nudzą mi się jedynie papierosy, gumy do żucia, więc wychodzi na to, że jednak coś jest moim nałogiem.
W każdym razie: właśnie wprowadzałam się w ten mój stan otępienia, rozmyślając o ojcu, o pechu, którego wcale nie chcę i o Lincolnie, kiedy zadzwonił telefon.
Nieśpiesznie podniosłam słuchawkę siląc się na uprzejmy ton.
- Tak, słucham?
- Esther! Kochanie ile ja Ciebie nie słyszałam! – Ten głos poznałabym wszędzie. Nawiedzał mnie od czasów szkoły średniej.
- Och, Joan.
- Ubierz się w to, co masz najlepszego - eleganckiego, oczywiście. Do tego te twoje seksowne kolczyki z brylantami, a o ósmej po Ciebie będę z małą grupką osób. Chodzi o wytworne przyjęcie. Pamiętaj musisz tam być, jesteś moją ostatnią nadzieją. Nie daj się prosić. Obrażę się, jeżeli nie przyjdziesz, pamiętaj! Aha, weź cygarniczkę, wyglądasz z nią bardzo… no wiesz. O i jeszcze: nie zapomnij torebki. Tylko nie bierz tych obrzydliwych gum do żucia. Dziwię się, że jeszcze nie wypadły ci od tego zęby.
- Ale…
- No to na razie! Ciao!
Świetnie.

Nie wierzyłam, że przyjadą, więc nawet nie wiem dlaczego byłam gotowa na tą przeklętą dwudziestą. Siedząc na tylnym siedzeniu Rolls Royce’a, grzebałam w torebce w poszukiwaniu zapalniczki i plułam sobie w brodę za to, że zaczęłam się szykować. Przecież NIE WIERZYŁAM, że przyjadą, więc czemu jak zwykle musiałam zrobić coś wbrew sobie?
- Esther, trzymaj bilety.
Po chwili trzymałam.
- I moją torebkę!
Ją również.
- Esther, dawaj jednego papierosa.
Niechętnie, ale podałam, czując jedynie nienawiść do tej pięknej brunetki, która o to poprosiła. Jechaliśmy w piątkę. Ja, Brunetka, Joan, Facet Joan i jakiś chłopak w zegarku Armaniego, który przyciągnął moją uwagę tak, jak błyskotka przyciąga srokę. Zresztą nie tylko zegarek był wytworny. Smoking, buty, szalik, rękawiczki, płaszcz – wszystko było w nim wytworne. Jego nieskazitelna, arystokratyczna twarz także. Patrzyła przed siebie niewzruszona i idealna.
- Ach, zapomniałabym. Linton to jest Diana, a to Andre.
Niezdarnie podaliśmy sobie wszyscy ręce na tylnym siedzeniu samochodu. Było ciasno, niewygodnie, pachniało potem, ale kiedy dotknęłam dłoni w aksamitnej rękawiczce, ozdobionej zegarkiem od Armatniego, kawa zmieszana z papierosowym dymem wywróciła mi się w brzuchu.
Elektryczność.
Elektryczność tryskająca między ludźmi. Impulsy przepływające przez opuszki palców mimo materiałowej bariery.
TO jest znak.
- Wysiadka!

(poniedziałek, 31 marca 2008)
{comments 5}


1.

To moja perfekcyjna rzeczywistość.
Spokojny cień kawiarni, wysokie okno obok mojego stolika i filiżanka kawy po wiedeńsku. Do tego papieros Lucky Strike, ładna, zgrabna popielniczka. I guma do żucia – obowiązkowo. Przez okno widzę ulicę: taksówki niczym sprytne żuczki przeciskają się miedzy korowodami samochodów, w których siedzą ludzie, jadący do swoich dobrze płatnych prac. Nie żałuję, że nimi nie jestem, a wręcz przeciwnie – cieszę się, iż nie muszę codziennie, wręcz rutynowo, wstać o godzinie siódmej rano, aby nie spóźnić się do roboty.
Moje ostatnie przedstawienie było klapą i wiem, że brzydko śpiewałam. Za każdym razem kawa z mlekiem i kostką cukru, którą piję na śniadanie, podchodzi mi do gardła, kiedy słyszę to wszechobecne: „Dziękujemy, pani Linton, odezwiemy się.” „Może innym razem, pani Linton.” „Nie włożyła pani w tą scenę wystarczająco uczucia.”
Lucky Strike wypalił się doszczętnie, zapewne podsycany moją złością. Cóż mam począć w tym wielkim Londynie robiąc jedną nogą w teatrze za dekoratora sceny (chociaż o wiele bardziej wolałabym być tą podziwianą damą NA scenie), a drugą na tanich kursach dla aktorów? Wyjechać na Broadway? Do Hollywood? Zbijać nieistniejące zyski oraz robić nieistniejącą karierę i przepełniać się uczuciem nieistniejącego szczęścia, które wypcha mnie wówczas tak, jak myśliwy wypycha królika, by później powiesić go na ścianie?
Jestem najprawdopodobniej uzależniona od porażek. Zawsze mnie dopadają – gdziekolwiek bym się nie udała. Zaczynając od szkoły podstawowej przy Watson Avenue, a kończąc na ostatnim castingu do filmu, który zamierzają nakręcić w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Moją rolę zgarnęła atrakcyjna brunetka z dużym biustem – istotnie pocieszające.
Kiedy tylko sobie o tym przypominam natychmiast sięgam po małe puzderko od Diora i obficie poczynam tuszować rzęsy. Mam smutną minę. Moje blond fale żałośnie zwisają po obu stronach twarzy. Chuda sylwetka, pozbawiona kobiecości i pielęgnowana z taką wytrwałością jednak mnie zadowala. Wole pozostać wiecznym dzieckiem, niż mieć jakiekolwiek kształty. Wolę być chuda, wiotka i przezroczysta, i wolę być blada niż opalona.


Oddychanie w samotności przychodzi mi ciężko ze względu na sam fakt bycia samym. Patrząc na szarzejące Londyńskie niebo, myślami powinnam być w jakimś bardziej ambitnym oraz kolorowym świecie. Moje rozmyślania przypominają paćkowatą, szarą breję. Mogą spokojnie konkurować z obrzydliwą owsianką Kellog’s.
Uśmiecham się do lustra. Robię minę obojętną. Następnie smutną. W końcu zaczynam mówić, starając się, aby ten potok słów czynił ze mnie osobę bardziej charyzmatyczną.
- Mam małe mieszkanie. Mieszkanko. Mieszkaneczko. Kuchnia jest kwadratowa i pomalowana na morelowo, a na jej wschodniej ścianie wisi mój ulubiony zestaw emaliowanych niebieskich garnków. Moja sypialnia to klitka ze stalowym łóżkiem, stojącym pośrodku niej. A to lustro wisi dokładnie naprzeciwko niego...
Rozlega się pukanie zaśniedziałej kołatki, co wcale nie jest częstym zjawiskiem w mojej kamienicy, a tym bardziej u moich drzwi.
- O, cześć, Linc.
- O, cześć, Esther.
- Wejdziesz na kakao?
- Powiedzmy, że ja właśnie w tej sprawie...
A więc zapraszam go do środka i pędzę w podskokach do kuchni po opakowanie rozpuszczalnego kakao Cadbury. Staram się pośpiesznie zagotować mleko oraz ubić bitą śmietanę, lecz moje próby można określić jednym mianem: całkowicie żałosne.
Mleko kipi, po czym przypala się. Mikser nagle wypada mi z rąk, rozchlapując śmietanę na wszystkie strony. Lincoln wchodzi do kuchni, podaje mi swoją dłoń i zupełnie niczym dżentelmen zapewnia, że nic a nic się przecież nie stało.
- W końcu czym byłby ten świat bez przypalonego kakao Esther?
- Chyba jedynie lepszym miejscem – odpowiadam starając się za wszelką cenę ukryć rozbawienie.
- Chodź. Jesteś ostatnio osamotniona i taka jakaś... nie-Estherowata, jeśli wiesz co mam na myśli. Pieprzyć moje problemy, kakao i ten bajzel. Idziemy.
- Dokąd chcesz iść? – Rezygnacja w moim głosie na pewno brzmi na tyle beznadziejnie, iż wzbudza to w Lincolnie tylko większą litość.
- Prawa ręką, lewa ręką... – mamroce, gdy pomaga mi narzucić płaszcz. Mimowolnie wybucham śmiechem, ale też szybko przypominam sobie, że powinnam sprawiać wrażenie smutnej i „nieswojskiej”. Na mą twarz wpływa więc grymas zmęczenia, a gdzieś w duszy, i tak już wystarczająco pokaleczonej grzechami, odzywają się natrętne wyrzuty sumienia, bo przecież „to ON przyszedł się wygadać, natomiast ja znowu ściągnęłam całą uwagę na siebie”.


Zrozumiałam jak brakowało mi jedzenia dopiero po porządnym obiedzie w mojej ulubionej, japońskiej restauracji. Niezbyt to rozsądne – zapominać o podstawowej potrzebie pożywiania się i przez trzy dni pić jedynie kawę. A może to ja jestem zbyt leniwa, aby cokolwiek sobie przyrządzić i zawsze czekam na gotowe?
- Dzięki – mruczę w stronę kiczowatego rysunku, który w mniemaniu dekoratora wnętrz miał przedstawiać słynną kwitnącą wiśnię.
- Nie mogłem już patrzeć na tą twoją zbolałą minę. I te zapadnięte policzki... Esther zacznij normalnie odczuwać głód. – Lincoln patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. Nie umiem określić jego zamiarów, mimo tego, że znam go już jakiś czas. Możliwe, iż wcale nie miał ochoty mnie odwiedzić. Możliwe, że on zwyczajnie został tu nasłany przez naszych wspólnych znajomych, aby wyciągnąć mnie z tego błędnego, pustego kręgu po brzegi wypełnionego kawą, tanimi, bezcukrowymi gumami do żucia Wirgley’s oraz kolejnymi castingami.
- Linc, wszystko jest w porządku. Ja tylko... tylko chciałabym wreszcie dostać angaż. – Ostatnie słowo wypowiadam tak cicho, że nawet sama dokładnie go nie słyszę.


Jestem przebrzydłą, egoistyczną zazdrośnicą. Dwie minuty temu na ulicy spotkałam Minnie May, z tymi jej wielkimi, czarnymi oczami, które zawsze miałam ochotę jej wydłubać. Wtedy to chełpiła się na prawo i lewo, że na castingach będzie nimi „przyciągać” do siebie reżyserów. Co za obrzydliwy narcyzm z jej strony!
Tak więc, spotkałam ją. Nie dość, że odrzuciła efektownie na plecy ciemne, proste włosy, przyprawiając tym zapewne połowę przechodniów o palpitację serca, to jeszcze raczyła bezczelnie krzyknąć swoim idealnym głosem:
- Esther, biedactwo!
To było wyjątkowo wredne, a zanim zdążyłam jej odpowiedzieć jakimkolwiek ciętym przywitaniem, zauważyłam, że malowniczo obcięła moją osobę od góry do doły krytycznym spojrzeniem. Niech szlag trafi ją i te jej magnetyczne oczy!
- Dostałam wyjątkowy angaż. Nawet nie masz pojęcia, Linton, w czym będę grać! To film tego stulecia – każda gazeta wrze od zapowiedzi i domysłów! – Jej mina wyrażająca całkowite, graniczące z ekstazą dobitne uniesienie, świadczyła o wszystkim. Musiałam pogodzić się z najgorszym.
- Masz pewnie na myśli „Srebrną papierośnicę”? – wycedziłam jadowicie, starając się powstrzymać wrzenie zazdrości. To JA chciałam zdobyć TĘ rolę, jednak na castingu stwierdzili, że brak mi odpowiednich kwalifikacji. Lustrując nienawistnym spojrzeniem mocno wytuszowane rzęsy Minnie May, jej głęboki, wręcz perwersyjny, dekolt oraz błyszczące cyrkonie w uszach, zrozumiałam o jakie „kwalifikacje” im chodziło.
- Ależ TAK! Tak, tak, tak, moja droga. Właśnie „Srebrną papierośnicę”. Gram tam rolę Clarissy, zresztą nie tak trudno się domyślić, prawda?
Wydałam z siebie nieartykułowany dźwięk, wyrażający coś pomiędzy potwierdzeniem, dezaprobatą, a czystą złością.


Światła kina - jednego z moich ulubionych miejsc. Już zupełnie zapomniałam, że jestem zakochana bez wzajemności w tym miłym „kinowym” podnieceniu, w spacerze po czerwonym dywanie, w późniejszych tonach gumy do żucia, pochłanianej podczas jednej sekundy. Dzisiaj idę z Lincolnem na „Proszę nie pukać.” Absolutna premiera oraz idealna kreacja Marilyn Monroe, zapewne.
Światła tańczą na moim bilecie, tańczą, kiedy siadam na wyznaczonym przez kasjerkę miejscu. Tańcują na moich gustownych, czerwonych paznokciach, kiedy to Linc i ja trzymamy się za ręce. Nie lubię zobowiązań – to po prostu jakoś tak wyszło. Nie przeczę, że dla niego to oznacza coś więcej, w końcu nie tak trudno odczytać emocje mężczyzny z jego twarzy. Nie obyło się bez szeptanych z dozą namiętności słodkich słówek prosto w moje ucho. Najmniej zdziwiło mnie stwierdzenie, iż kocha się we mnie od dawna. Jakiś cyniczny głos sumienia podpowiadał mi gdzieś w głębi, iż przecież ja to WIEM. Chociaż z całą pewnością mój przyjaciel jest w tej chwili bardzo rozgoryczony – aktualnie przebywa on w dość szczęśliwym związku z niejaką Deborah Spencer, jego wyznania i jego ręka na mojej zahaczają o zdradę.
Och, z jaką pasją aktor całuję boską Marilyn na ekranie! Czy kiedykolwiek będę tak dobrą aktorką, jak ona? Czy będę potrafiła ubrać się w skorupę odmiennej osobowości, stać się na moment innym człowiekiem, założyć maskę po to, aby pokazać cudowną twarz kobiety z wielkiego ekranu? Nie sądzę. Jestem zbyt zagadkowa. Aktorami zostają najczęściej ludzie prostolinijni lub płytcy. Swoją drogą: to drugie jest świetnym opisem Minnie May.
- Czy uważasz Minnie May za płytką? – pytam Lincolna, mocniej ściskając jego rękę. Dziś wieczór nie odzywałam się za wiele, ale mój towarzysz chyba to rozumiał. Popatrzył wtedy na mnie dziwnym wzrokiem, jakby nie wiedział, jakiej odpowiedzi oczekuję. Czułam, że za wszelką cenę chciał wpasować się w moją opinię.
- Myślę, że odrobinę – Tak, to wygodna odpowiedź, panie Warren. Jest pan bardzo sprytny, ale tego wieczoru ja jestem oprócz tego, że sprytniejsza, to jeszcze okrutniejsza niż zazwyczaj.
- A ja uważam, że owszem jest. Pusta, płytka i na dokładkę okropnie mściwa. Spotkałam ją po południu na ulicy - nazwała mnie biedactwem, a później zaczęła się oczywiście chwalić jaka to ona nie jest wspaniała, bo dostała rolę w „Srebrnej Papierośnicy”, o czym pewnie już wiesz, co?
Przez dłuższą chwilę milczał, a gdy odezwał się ponownie, jego głos był spokojny i pełen wyrozumiałości, lecz mimo to nie uspokoił mnie, ani tym bardziej nie udobruchał.
- Esther jesteś o nią zazdrosna. Bo ona dostała angaż, podczas gdy ty kisisz się na kursach dla aktorów bez aktualnej szansy na przyszłość. Przynajmniej na razie.
Puściłam jego rękę i zmierzyłam go lodowatym spojrzeniem. Nienawidziłam ludzi, którzy udowadniali mi swoją rację. Dlaczego mój przyjaciel Lincoln Warren nie powiedział: „Jest pusta, to ty powinnaś zagrać tę rolę!” Albo dlaczego nie rzekł: „Minnie May jest może i ładna, ale kompletnie nie zna się na aktorstwie!” Chyba dlatego, że Lincoln zazwyczaj strzelał prawdą prosto w twarz, co w moim przypadku uczynił po raz pierwszy. I to było powodem, dla którego wtedy, niesiona złością, wyszłam z kina, zapominając o ukochanym, czerwonym parasolu. Może także dlatego wybiegłam w deszcz bez gumy do żucia i grosza przy duszy.
Może dlatego, a może dla czegoś innego.
Sama nawet nie wiem.

(poniedziałek, 4 lutego 2008)
{comments 9}